13 kwi 2017

1. ASERTYWNOŚĆ DYREKTORSKA.


Jak co rano, Rudolfa Samoroży musiała nękać do ruchu wszystkie swe zsiadłe od ciągłego ślęczenia przy biurku nerwy. Poranek był dla niej najgorszą porą dnia, bo niestety nieuchronnie zwiastował jej kolejne piekielne dwadzieścia cztery godziny. Z całych sił zmuszała mózg do zaprzestania wysyłania jej ostrzegawczych syndromów, gdy powoli, jeden po drugim zapinała guziki swojej przylegającej, dyrektorskiej sukni. Niestety, jak większość ludzi, posiadała zerową umiejętność panowania nad swym instynktem samozachowawczym. Tenże instynkt właśnie sprawiał, że w jej sypialni od blisko półtora roku piętrzyły się stosy kufrów, tylko czekające, by chwycić je wszystkie i uciec do innych byłych dyrektorów tej placówki w Bieszczady. 
Była przecież młodą kobietą! Na Borutę, miała dopiero dwieście czterdzieści siedem lat! To wręcz kwiecie wieku. A zamiast jak każda wybitna czarownica swej generacji wraz ze stadkiem śmietanki towarzyskiej czarodziejskiej społeczności zmieniać świat na lepsze, tkwiła na podmokłych terenach Świniarszczyzny, dzień za dniem przeżywając swoją własną Bitwę pod Grunwaldem. Jej dobre serce nie potrafiło rozstać się z tymi słodkimi, żądnymi wiedzy dwunasto- i trzynastoletnimi buźkami, chórem słodkich głosów deklamującuch: Dzień-do-bry pani pro-fe-sor! Były niemal jak jej własne dzieci.
Ale nie należało zapominać, iż Bóg nie okazał się dla Samoroży tak łaskaw, jak by tego chciała i każda z tych pociesznych buziulek po paru latach zmieniała się w okropny, żywy przykład nastoletniego buntu. Tak, tak, równowaga świata pozostaje równowagą świata, a co wzleciało, musi kiedyś opaść, tak też i było z sympatią dyrektorki do uczniów. Tym starsi, tym bardziej marzyła o kupieniu im nowego Pioruna 334, wsadzeniu ich na niego i pognaniu miotły tak daleko od Chrumkowa, jak to tylko było możliwe. Każdy dzień był wypełniony ich zionięciem niezadowoleniem i skargami w jej stronę, a miękkie, dyrektorskie serce te okropne latorośle porastały niczym trujący bluszcz, nie dając mu oświetlić swym ciepłem całej tej placówki. 
Jednak pomimo tych wszystkich okropieństw, po śmierci swojego ukochanego męża Nicholasa Flamela, Rudolfa to właśnie w tej pracy czuła względne poczucie bezpieczeństwa i dziwnej przynależności.
Westchnęła ciężko, poprawiając swój cytrynowy żakiet i srebrną brożkę w kształcie niuchacza pospolitego. Dasz radę, ty stara rzepo, rzuciła w stronę swego odbicia w lustrze. O ile chwile, gdy prowadziła lekcję astronomii były dla niej wyjątkowo cenne, o tyle te, kiedy po raz kolejny ten sam zestaw uczniów zgłaszał się do niej z zażaleniami, ewentualnie ci sami trafiali do niej na dywanik, prowadzeni do gabinetu za ucho przez poczerwieniałych profesorów, wolałaby w ogóle wymazać z planu swojego dnia, a nawet i całego życia.
Wyszła ze swojego majestatycznie zdobionego pokoju, nie zwracając nawet uwagi na pozostawiony tam bałagan. Do jej powrotu szkolne domowoje zdążą się z nim uporać. Kobieta uśmiechnęła się na myśl o cudnej inwestycji, jakiej dokonała, kupując od starego poszukiwacza skarbów całą zgraję tych duszków, w sumie za grosze.
— A ja to pani opchnę po taniości, pani profesur — ogłosił swym donośnym głosem, kiedy to Rudolfa zaczynała doszukiwać się jakiegoś oszustwa w tak korzystnej propozycji z ust tego szarlatana. — Ja i tak domu nie mam, to tu się połazi, to tam, a to się w stodole człowiek przekima, a to w szopie, to po co mi domowe duszki? Tylko mi plecak bardziej na plecach ciąży, a ja już stary, to lekko chcę mieć. Kręgosłup już nie ten, co za młodu.
Przez kolejne dni dyrektorka uważnie obserwowała zgraję domowojów krzątających się po szkole, szybko zrozumiała, że ta umowa obeszła się bez kantów. Okazało się, że wyklęte dusze niegościnnych gospodarzy w ramach klątwy szybciej przywiązują się do jakichkolwiek murów mieszkalnych, niż by tego chciały. 
Przechodząc właśnie wysokim korytarzem, ukrytym przed wścibskimi zmysłami uczniów, prowadzącym z budynku nauczycielskiego do bloku akademickiego, starała się utrzymywać na twarzy pogodę ducha, a poruszać się powabnie i z klasą. Ten rok prawdopodobnie będzie dla niej jeszcze trudniejszy, niż wszystkie poprzednie, ale należało pamiętać, że cały dodatkowy natłok obowiązków sprowadziła na siebie sama. Czuła napięcie w swoich spakowanych kufrach, które z każdą sekundą coraz głośniej krzyczały w jej umyśle: BIESZCZADY! WOLNOŚĆ! RÓWNOŚĆ! SPOKÓJ!
— Dzień dobry, pani dyrektor! — rzuciła z miejsca pani Lodzia, nie odrywając wzroku od Czarodziejskiego Expresu i działu mieszkań do wynajęcia. A więc znów małżeński kryzys zmuszał ją do wyprowadzki od męża. Trzeci raz w tym roku. Chwilami Rudolfa dochodziła do wniosku, że z tej miłej staruszki ma więcej problemów niż pożytku, jednak nie dałaby rady sama zapanować na sekretariatem, sprawami dyrektorskimi, ciałem pedagogicznym i resztą personelu szkoły. 
— Witam — odparła, uśmiechając się miło. Pomimo istotnych tarapatów, z jakimi nieraz zostawiała ją samą Lodzia, była jedyną tu osobą, z którą przy herbatce mogła raz na jakiś czas poplotkować sobie na kobiece tematy. Co prawda zazwyczaj sprowadzało się do słuchania o kolejnych problemach Lodzi z Edwardem, ale i to dobre, by oderwać się od okrutnej, nauczycielskiej rutyny. — Czy ktoś odpowiedział już na nasze zaproszenia na Sztafetę? Nikt dziś nic nie zniszczył? Żółkiewskonowie?
— Ach, zaproszenia! Parę z nich jeszcze nie doszło, wie pani, ta cholerna polska sowia poczta! Jak na razie dostaliśmy tylko odpowiedź z Hogwartu, są żywo zainteresowani Sztafetą i zapewniają, że pojawią się u nas w wyznaczonym terminie — zakomunikowała krótko, przeglądając żywo jakieś pliki pergaminów. — O ile wiem, dzisiaj nie doszło jeszcze do żadnych zniszczeń, a już na pewno nie z udziałem Żółkiewskonów, ale dzień jeszcze młody, tak jak i oni niestety. 
Pomimo ostatniego dopowiedzianego zdania, Rudolfa westchnęła z ulgą. Och, jak cudownie, że z samego rana nie będzie musiała patrzeć na tych dwóch pomocników szatana! Jeśli loty w kosmos stały się możliwe, byłaby gotowa sprzedać nawet swą drogocenną, piszącą sowę Eurekę, by zebrać pieniądze w celu wysłania ich na inną orbitę. 
— Lodziu, rozkoszujmy się tą chwilą, bowiem dzisiejszy dzień może obejść się bez zniszczeń, rozbojów i nielegalnego bimbru! — rzekła, choć póki co wiedziała tylko o odpowiedzialnych za zniszczenia Żółkiewskonach, a twórcy reszty rodzajów chaosu i ich dzisiejszy stan były jej, na całe szczęście, jeszcze nie znane. — I żadnych idiotycznych, zagrażających życiu wynalazków!
Lodzia zmieszała się na to ostatnie, opuszczając ponuro głowę na swoje kolana, zaczynając coraz bardziej nerwowo głaskać wylegującego się na nich kota, Asztarota. Grube kocisko na niekorzyść szkoły nienawidziło polować na myszy oraz inne tego typu stworzonka. Rudolfa od razu wyczuła, że coś jednak jest na rzeczy i wyjątkowo jej się ta perspektywa nie spodobała. 
— No właśnie, pani dyrektor... bo... — zaczęła zestresowana sekretarka, a kolor jej włosów zmienił się pod wpływem napięcia. Tyle lat, a Lodzia wciąż nie potrafiła panować nad swoją metamorfomagią. — W pani gabinecie czeka... ja nie chciałam go wpuścić, kazałam mu wrócić na lekcję, ale się uparł i... no i siedzi tam... Wilhelm Bieler.
Powieki pani Samoroży opadły w geście zrezygnowania. A zapowiadał się tak piękny poranek. 
— Spokojnie, Lodziu. Poradzę sobie z Bielerem, jestem w końcu dyrektorką — skłamała. Jej umiejętność radzenia sobie z nastoletnimi uczniami stanowczo podupadała.
Lodzia uśmiechnęła się tylko pokrzepiająco, gdy pani dyrektor pociągnęła za mosiężną klamkę, otwierając wielkie wrota gabinetu. 
Rudolfa szczerze uwielbiała swoje biuro za przeszkloną witrażami ścianę, nadającą nietuzinkowych kolorów całemu, okrągłemu wnętrzu pokoju, za zapach starych, ciężkich zasłon i zimne powietrze panujące w tym ogromnym przybytku. Na ten moment żadna z tych cech nie przynosiła jej ukojenia, bowiem od wejścia widziała porośnięty idealnie ostrzyżonymi blond włosami tył głowy Wilhelma Bielera. Już od progu dostrzegała jego dystyngowaną postawę, gdy to siedział na skromnym, drewnianym krześle tuż przed jej biurkiem. Czuła, że ta rozmowa nie będzie przyjemna.
— Bieler, ile razy mam ci powtarzać, że w statucie szkoły zakazane jest siedzenie w klasach i gabinetach profesorskich bez obecności członka personelu szkolnego? — zaczęła na dzień dobry, szybkim krokiem przechodząc obok ucznia i siadając na swym miękkim, wyszywanym poduszkami fotelu, który miał dać do zrozumienia każdemu siedzącemu naprzeciw, że jest od niej niżej w hierarchii i to ona tutaj rządzi. Choć rzadko przynosiło to pożądany skutek.
Wilhelm obrócił w stronę dyrektorki swą proporcjonalną, gładką twarz, przybierając dobrze znany wszystkim nauczycielom wyraz twarzy ucznia idealnego. Ale Rudolfa zdążyła już poprzysiąc sobie, że nie da się tym razem na to nabrać.
— Jeśli już mamy się tak bardzo stosować do statutu, proponowałbym najpierw wyznaczać kary dla wszystkich uczniów nienoszących mundurków. Zaczynajmy od podstaw, pani dyrektor — poradził jej Wilhelm, jak zawsze wychodząc z kolejną inicjatywą naprawy tej szkoły. Gdyby to było możliwe, Rudolfa skompletowałaby cały oddział uczniów, mający tropić i utrudniać życie wszystkim jego wyborcom w ostatnim głosowaniu na przewodniczącego szkoły. 
— Bez takich bzdur. Nie mogę sobie pozwolić na wystawienie większości uczniów karygodnych z zachowania — zbyła go znów pani Samoroży. — W każdym razie, przejdźmy do meritum. Czemuż to znów mogę raczyć się twoją obecnością w moim gabinecie?
— Przyniosłem pani listę, jaką razem z Zosią i Alojzym sporządziliśmy. To cały skład sztabu, jaki sobie upatrzyliśmy. — Blondyn podsunął pod nos dyrektorki kawałek pergaminu wypisany wręcz kaligraficznym pismem. To na pewno była robota Zosi.
Kobieta pochwyciła wykaz z rąk Bielera, bardzo uważnie ją wertując. Wystarczyły jednak już pierwsze nazwiska na tej zaledwie pięcioosobowej liście, by biedną dyrektorkę w swe łapy pochwycił stan przedzawałowy. To jakiś absurd! Czyżby Wilhelm na chwilę stracił swe cenione przez wszystkich logiczne myślenie? A może pisząc to, ktoś rzucił na niego Imperiusa? Nie, na pewno nie. Byli zbyt nieudolni i stanowczo nie AŻ TAK głupi, by rzucić na biednego chłopca zaklęcie niewybaczalne.
— Wykluczone — rzuciła tak stanowczo, jak tylko było to możliwe. Chciała wwiercić te słowa w samą korę mózgową młodego chłopca, aby już nigdy takie głupie propozycje nie wpadały mu do głowy. — Połowa tej listy jest do wymiany. To nie do przyjęcia. 
— Niby dlaczego? — obruszył się Wilhelm, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
— A dlatego, że nie pozwolę, by Żółkiewskoni reprezentowali tę szkołę nawet w najmniejszym stopniu! Aż tak jeszcze nie ogłupiałam. Każdy, ale nie oni — wycedziła przez zęby.
W myślach kłębiły się jej już miliony czarnych scenariuszy, jakie mogłyby się spełnić, gdyby tę dwójkę wpuścić do sztabu szkolnego. Zaczynając od biegających po szkole mechanicznych zombie, a kończąc na samonośnym rozpylaczu lawy, to nie mogłoby mieć dobrego zakończenia. A Chrumkowa nie stać było, by pokrywać jeszcze straty fizyczne, psychiczne i moralne uczniów innych szkół. I tak cała Akademia tonęła w niedopłatach. Byli zadłużeni już na przeszło pięć tysięcy orłów u Centaurzego Stowarzyszenia Pomocy Edukacyjnej, a coraz to nowe groźby najazdu parzystokopytnych przyprawiały całą radę pedagogiczną o gęsią skórkę.
— Pani dyrektor, to podlega pod dyskryminację! Tak nie wolno! Dlaczego niby są gorsi? Bo są Sybirakami? Przecież to wciąż Polacy tacy jak pani i... reszta — odparł niewzruszony podniesionym głosem dyrektorki, w ostatnim momencie przypominając sobie o swoim aryjskim pochodzeniu. 
Rudolfa Samoroży nie mogła przejść obok takich zarzutów obojętnie. Przecież była żywym przykładem tolerancji kuturowej! Jej zmarły mąż był anglikiem!
— Wilhelmie, jak śmiesz podejrzewać mnie o dyskryminację na tle narodowościowym? Gdybym była rasistką, nie dość, że nie dopuściłabym cię do Sztafety, to o posadzie przewodniczącego również mógłbyś jedynie pomarzyć. A tymczasem ja daję ci wszystko, a ty mi się odpłacasz zamiarem wieczystego upokorzenia całej mojej szkoły? — Mówiąc to, Rudolfa zaczęła powoli przekonywać się do spiskowej teorii wytworzonej przez jej umęczony mózg. 
Podpowiadała ona, jakobyż działania Bielera były celowe, by ośmieszyć ich w czarodziejskim świecie jeszcze bardziej, a następnie w glorii chwały przepisać się do Zauberheimu. To w końcu Niemiec na ziemiach polskich, wiele się można po takich spodziewać.
— Właśnie odpłacam się zamiarem wygrania tego konkursu i rozsławienia nas na świecie. Grywadzyn i Karmelina są mi potrzebni. To naprawdę bardzo pomocni adepci. — Wilhelm powrócił do swojego opanowanego, mediacyjnego głosu.
—  Niby w czym oni mogą być pomocni? Czarodzieje z nich mierni, myśliciele jeszcze gorsi, a jak mieli w ramach projektu rodzinnego zadbać o jednego puszka pigmejskiego, biedaczek prawie zginął z niedożywienia i zaniedbania — zauważyła Rudolfa, składając palce w piramidkę. W myślach odliczała do dziesięciu, uspokajając swój umysł, niechętna przegrać wojnę na opanowanie z szesnastoletnim adeptem. 
— Prawda, zgadzam się ze wszystkim, co pani powiedziała. No, prawie — zaczął Wilhelm. — Ale przecież sama wie pani, jak ogromną kreatywność i pomysłowość oni posiadają. Do tego świetni z nich wynalazcy. Ktoś taki w sztabie, a nie zwykły znający się na magii czarodziej, to skarb. Poza tym są bardzo odporni i mają dużą wytrzymałość, mogę być pewny, że będą mi towarzyszyć nawet w najgorszych warunkach. 
Argumenty Bielera były stanowczo zbyt logicznie brzmiące. Każdy jeden z nich. Bieler zawsze był świetnym mówcą i strategiem, ale obrócenie na jego korzyść TAKIEJ sprawy na pewno będzie kiedyś jednym z największych wyczynów bielerowej młodości. Rudolfa jednak walczyła z logiką młodego adepta, jak tylko potrafiła. Samo słowo Żółkiewskonowie w ich szkole było słowem bliskoznacznym do słów takich jak: katastrofa, problem, tarapaty, kłopoty lub nawet do onomatopei, brzmiących mniej więcej: łubudu, bum bum! Tak częste przestawanie w centrum uwagi czarodziejskich oficjeli z całego świata było jeszcze gorsze niż perspektywa nieudolnego chowania ich w kącie przy każdej możliwej okazji i przesłaniania najbardziej rosłymi chłopcami ze szkolnej drużyny quidditcha. Mimo to sama musiała przyznać, że specjaliści od czegoś innego, niż magia, w sztabie mogli się Marcie, Alojzemu i temu przeklętemu Wilhelmowi przydać. 
Rudolfa musiała bardzo mocno zaprzeć się, na chwilę wyłączając myślenie, by te słowa w ogóle przeszły jej przez gardło.
— No dobrze, niech ci będzie — wyrzuciła z siebie tonem kompletnie zrezygnowanym. — Ale masz ich mieć nieustannie na oku, bo jak znów narażą mnie na śmieszność, to przysięgam, że będziecie musieli uciekać przede mną dalej niż Twardowski przed diabłem. Zrozumiano? 
Tym razem Bieler na poważnie wziął słowa zrozpaczonej dyrektorki. Rudolfa Samoroża była dobrotliwą kobietą, pełną miłosierdzia, które gołym okiem widać po poziomie dyscypliny w Chrumkowieckiej Akademii. Jeśli już ona posuwała się do gróźb, które przychodziły jej wyjątkowo trudno nawet wobec Żółkiewskonów, których, w głębi duszy lubiła, to oznaczało, że sprawa jest naprawdę poważna. 
I choć wiedział, że jest już za późno, zaczął mieć wątpliwości związane z tym pomysłem. Nie było siły na niebie i ziemi, nie licząc przemiłych państwa Bogumiła i Geni Żółkiewskonów, która była w stanie utrzymać bliźniaki w ryzach. Prawdopodobieństwo, że nic złego z ich udziałem się nie wydarzy, sięgało zera. A jednak to jego przyjaciele i wiedział, czego mógł się po nich spodziewać. I jak bardzo oddani byli i jak bardzo zawsze mógł na nich liczyć.
— Robienie z panią interesów to czysta przyjemność. — Uśmiechnął się od ucha do ucha.
— No, ale Żeliś odpada. Coś za coś, mój drogi, na to nie pozwolę. — Resztki asertywności wojowały we wnętrzu pani Rudolfy. 
Wilhelm znów miał podnieść sprzeciw, gdy oboje zaczęli dostrzegać, że filiżanka z sokiem z ziemniaka na wypolerowanym blacie biurka zaczęła podejrzanie wibrować i poruszać się, a w chwilę później wszystkie lżejsze przedmioty w gabinecie zaczęły w jednym rytmie trząść się i delikatnie poruszać na swoich miejscach. Ogromną, zbliżającą się falę sejsmiczną czuli już stąd. A głośne, głębokie kroki usłyszałby nawet i głuchy profesor Dyrygotka. Obie pary oczu natychmiast zwróciły się w stronę drzwi, wyczekując nieuchronnego kataklizmu.
I stało się. Ogromne wrota gabinetu otworzyły się tak gwałtownie, że o mało nie wypadły z zawiasów. W progu, w całej swej krasie, stanęła ogromna, siedmiotonowa kupa mięcha pokryta szorstką, skórą w magmowym kolorze. Tak, imć Żeliś na pewno nie był typowym słoniem. Obdzierał go z normalności chociażby fakt, że zwierz ten zamieszkiwał Polskę od wielu, wielu lat, a to tylko szczyt góry lodowej. Bowiem jego wygląd, nowych uczniów nieustająco wprawiał w stan konsternacji. Szlachecka, bogato zdobiona kamizelka, opinająca ciasno nietypowego dla słoni koloru ciało, oraz dziesięciokilowy monokl w oku sprawiały wyjątkowo nietuzinkowe wrażenie. Dodając do tego wiecznie nadąsany wyraz  twarzy, stał przed nimi iście szlachecki... słoń. 
Przerażona Lodzia stała tuż za prawym udem Żelisia, nerwowo obgryzając swe różowe paznokcie, a jej absurdalnie wysoko upięte włosy przybrały teraz kolor zgniłej zieleni.
Głośne westchnienie dyrektorki przeszyło chwilową ciszę. 
— Profesorze Żelikowski, dobre wychowanie wymagałoby zapukania, gdy wchodzi się do cudzego gabinetu — powiedziała, dalej zszokowana tym dziwnym wtargnięciem profesora opieki na magicznymi stworzeniami.
— Wiem, pani dyrektor, jednakże sytuacja ta jest nie cierpiąca zwłoki — odparł zdyszanym głosem słoń. — Dlaczego chce mnie pani usunąć ze składu sztabu? Czym zasłużyłem sobie na bycie gorszym od Żółkiewskonów?
— Panie Żelikowski! Podsłuchiwanie po drzwiami? To niedopuszczalne przez savoir-vivre! — Pani Samoroży próbowała wszelkimi siłami utrzymać sytuację pod kontrolą, wywierając choć najmniejszy wpływ na gentelmeńskie ego Żelikowskiego.
— Ale nie może mnie pani wykluczyć. Nie ma pani powodów — oburzył się profesor.
    — Nie, naprawdę. Nie mogę wziąć do jednego sztabu Żółkiewskonów i gadającego słonia... — jęknęła Samoroży. Bieszczady zaczęły coraz bardziej ją do siebie ciągnąć. 
— Gadający słoń? Tym dla pani jestem?! Pójdę z tym do Wizengamotu! — Teraz profesor już prawie grzmiał, trzęsąc się w konwulsjach wściekłości. 
Dyrektorka Samoroży wiedziała, że wiele już nie ugra. Była bliska płaczu. Czemu aż tak bardzo nie miała kontroli nad własną szkołą?
— A róbta co chceta! — rzuciła, czując, jak jej dyrektorska asertywność wydała ostatnie tchnienie i zmarła. 

1 komentarz:

  1. Przeczytałam na razie do trgo momenu i juz kocham ten blog.. przeglądałam komentarze u mnie i weszłam w Twoj profil-jakże sie ucieszyłam, widząc opowiadanie o innej tematyce niz WWE! Uwielbiam je juz teraz. Podoba mi sie wizja polskiej szkoły magii, w ktorej na razie nie poznaliśmy chyba ani jednego Polaka, zamiast skrzatów mamy duszki, a zamiast duchów słonia uczącego opieki nad magicznymi stworzeniami. Nie mige wprost doczekać sie poznania bezpośrednio bliźniaków-żyjącej katastrofy i twórców wynalazków wszelakich :D oni musza byc genialni juz teraz. Mass świetny styl, genialne pomysły i niesamowicie poczucie humoru. Swietnie kreujesz rownież tło oraz bohaterow-nie tylko wprost, ale za pomocą ich zachowań, sposobu mówienia czy prowadzenia narracji. Na pewno przeczytam resztę-choc nie wiem dokładnie kiedy. Zapraszam Cię serdecznie na Niezaleznosc i pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń

"Stając w świetle zadania, jakim jest przyciągnięcie do Chrumkowskiej Akademi jak największej ilości światłych umysłów, informuję ja was, że każdy przyzwoity członek czaromagicznego, słowiańskiego społeczeństwa o niezachwianej świadomości narodowej, powinien się z sumieniem swym rozliczyć, czyli komentarz po sobie zostawić."
Wielki Magus, Przewodnicący Rady Radomia, Kawaler Orderu Boruty II stopnia~ Antoni Macierewicz.
PS; w przypadku sprzecznej z sumieniem postawy, dom człowieka takiego może przypadkiem znaleźć się w centrum strefy atomowej.

Czarodziejscy Radni Radomscy