16 kwi 2017

2. IRRACJONALNA STRONA ŻYCIA.

Wiatr dął dziś stanowczo mocniej,  niż w poprzednim tygodniu. Pogoda wyraźnie lubiła uczniów Chrumkowa, ponieważ pomimo środka września dalej było czuć tu latem. Wypchane, uczniowskie szafy szybko wyzbyły się wszelkich swetrów, kurtek i kalesonów, a biedne, porzucone części garderoby zostały zastąpione przez podkoszulki i cienkie bluzeczki. Sam fakt pięknej pogody równie cieszył adeptów, co unieszczęśliwiał rodziców, których siwe włosy siwiały jeszcze bardziej na myśl o tym, że za chwilę ciężkie zawartości swoich portmonetek wydawać będą musieli na leki na gnomią grypę czy smokogorączkę i, co najgorsze, na polską sowią pocztę. Która, swoją drogą zapewniała jedynie dwadzieścia procent pewności, że nadana wysyłka kiedykolwiek w ogóle mignie przed oczyma adresata.
Grywadzyn jednak miał żelazne zdrowie. Szczerze powiedziawszy, Chrumków był dla niego terenem egzotycznym. W zimie kusił się jedynie o zakładanie cieniutkich sweterków na swe chude, wręcz kościste ciało. Pomimo wyraźnej niedowagi, jego odporność odwalała porządny kawał roboty. Ostatni raz przeziębiony był trzy lata temu i to na własne życzenie. Sprowadzone z Anglii, wywołujące choroby smakołyki ze sklepu Weasley'ów idealnie sprawdziły się w okresie sprawdzianów końcoworocznych. Może w Cydrze Medycznym spotkało go parę nieprzyjemności, ale przy wyrazie twarzy i reakcji rodziców na widok wyników egzaminów, gdyby takowe napisał, to rzeczywiście były wręcz niezauważalne nieprzyjemności.
Wiatr dął silnie i szybko, jednak nie szybciej, niż gnały myśli po kędzierzawej głowie młodego Żółkiewskona. Myślał teraz bardzo intensywnie o nowym wynalazku, jaki przyśnił mu się dziś w nocy. Tak naprawdę, we śnie wynalazek ten zaprezentowała na sobie jakaś niewyżyta olbrzymka o naprawdę silnej potrzebie poznania jakiegoś dobrego chirurga plastycznego, jednak Grywadzyn starał się nie patrzeć na jej iście piękną buźkę, skupiając się na samej, napędzanej magicznymi tłoczkami i przekładniami, małej maszynce.
Nie chciał póki co mówić o tym Karmelinie. Cokolwiek tworzyli, zazwyczaj robili to razem, jednak najpierw pomysłodawca kolejnego, genialnego gadżetu musiał upewnić się, iż ten pomysł ma rację bytu. Zazwyczaj ta pewność zawodziła, okazując się po prostu kolejną, ukrytą pod płaszczykiem wynalazczego szału, podświadomą potrzebą doprowadzenia kadry profesorskiej do szału, zawału, czy też załamania nerwowego.
Tego dnia jednak jego przemyślenia spełzły na niczym, gdy, hardo wypisując coś w swoim gryzącym notesie, zauważył zbliżającą się w glorii chwały i pychy sylwetkę swojego przyjaciela, Wilhelma Bielera.
Westchnął ciężko, wymieniając się spojrzeniami ze swoją siostrą, posiadującą tuż obok niego.
Hej, Willy! — zawołał, widząc, jak na dźwięk przezwiska Bielerowi czerwienieją odstające uszy. Swoją drogą jedyna część twarzy, która nie była u niego perfekcyjnie symetryczna. Jego twarz była jak niemieckie latające auta. Widziałeś, że to porządna, aryjska robota. — Coś ty znów taki nabzdyczony?
Zanim padła odpowiedź, Wilhelm musiał jeszcze przez parę sekund popozować w świetle zenitującego słońca, którego promienie niczym aureola opasały teraz jego głowę. Był to obraz widowiskowo groteskowy, choć Bieler zapewne uważał teraz rodzeństwo Żółkiewskonów za elitarną grupę ludzi uprzywilejowanych do tego boskiego widoku.
Możesz mi mówić mistrzu — odparł mu pyszałkowatym tonem Bieler, dalej stojąc w pozie herosa zdobywającego Olimp. — Bo tym właśnie jestem.
Nie lepiej Fuhrerze? Bardziej by do ciebie pasowało... — zaśmiał się Grywadzyn, odgarniając niesforne kosmyki włosów z twarzy. Karmelina już od dłuższego czasu czyhała na niego z nożyczkami, trzymając się nadziei, że kiedyś pozwoli jej je ściąć. Niedoczekanie.
Troll!
Grywadzyn poczuł pulsujący ból w czole po tym, jak obity twardą, skórzaną okładką dziennik notacji Wilhelma z impetem siły rzutu Wilhelma mocno w nie uderzył.
Tu się zgodzę. Śmierdzisz jak troll, Grywi. Czas się umyć — dodała Karmelina, podnosząc dziennik Bielera z ziemi. Jedynie cudem można było nazwać fakt, że siłą rykoszetu nie odbił się od pustej głowy Grywadzyna prosto do strumyka.
I ty Brutusie przeciwko mnie? — Grywadzyn wszystkie swoje aktorskie umiejętności włożył w dramatycznie brzmienie tego zdania. — Poza tym, nie będzie mi kobieta stawiała warunków!
Paru przechodzących obok Drzewa Życia pierwszaków obróciło się nieznacznie, słysząc donośny głos Grywadzyna.
Żółkiewskonów nie można było przyrównać do królów szkoły. O, nie. Grywadzyn i Karmelina nie mieli w sumie żadnego statusu szkolnego. Nie byli ani panami, ani wyrzutkami, nawet nie szkolnymi zawadiakami. Byli... no po prostu byli. Ich nietuzinkowe osobowości sprawiały, że po prostu nie dało się ich w żaden sposób zaszufladkować, mimo wielu prób zawistnych kolegów z rocznika. Zawsze byli za bardzo dziwni, za bardzo normalni, za bardzo mądrzy, za bardzo głupi. Po prostu zawsze znalazło się jakieś za bardzo, na ich drodze do przyporządkowania się szkolnym kanonom. Dlatego zdarzyło się nawet, że nazywano ich buntownikami, w końcu śladem pokoleń lat siedemdziesiątych, za cholibkę nie chcieli się przystosować. Jednak ta furtka też szybko się dla nich zamknęła. W końcu oni nigdy nie buntowali się przeciwko nikomu. Oni po prostu byli. Nie robili nikomu na złość, nie chcieli denerwować ludzi, ani też wywoływać wojen z dygnitarzami. Po prostu byli sobą.
Nie podlegającym veto faktem było jednak to, iż nieważne z jakiego rocznika, każdy uczeń na pewno napotkał ich już na swojej drodze. I może nie znał ich z imienia, może nie zdawał sobie sprawy, kto to, ale na pewno ich sylwetki mignęły już przed oczyma niemal każdemu, tak samo jak każdy słyszał już głośne nauczycielskie wrzaski: GRYWADZYN! KARMELINA! sielsko rozchodzące się po zielonym boisku akademickim lub adepckim skwerze. I może nawet nie zdając sobie przy tym sprawy, że na ich oczach (lub biednych, umęczonych uszach) tworzą się właśnie powtarzane z ucznia na ucznia chrumkowskie legendy, takie jak te opowiadane na całej Świniarszczyźnie o dzielnej, eksplorującej cały świat czarodziejski adeptce Aurei Masce Świtu.
Przypominam, że jestem kobietą od ciebie STARSZĄ — rzuciła z wyższością jego kochana inaczej siostra.
O jedenaście minut!
Naprawdę nie chcecie usłyszeć o kolejnym dowodzie mojego geniuszu? — Egocentryzm Wilhelma nie pozwolił mu biernie patrzeć na rodzinną, niekończącą się walkę bez dodania czegoś od siebie. Czegoś wartego uwielbienia, jak cała jego idealna osoba. Przynajmniej on tak sądził.
Szczerze powiedziawszy, nie spieszy nam się do tego, ale jak już musisz, to mów — odparła, specjalnie wypranym z entuzjazmu głosem Karmelina.
No więc, udało mi się was wkręcić do sztabu! — powiedział dumnym głosem.
Reakcja była zgoła inna, aniżeli umysł Wilhelma sobie to projektował. Cóż, w gruncie rzeczy, nie było jej wcale. Rodzeństwo rzuciło mu jedynie krótkie spojrzenia, po czym, bez żadnej euforii szczęścia, która w tym wypadku była wręcz  w y m a g a n a  w tej sytuacji, wrócili do swych wcześniejszych zajęć. Grywadzyn znów żywo bazgrał coś w swoim warczącym, nienawidzącym wszystkich wokoło dzienniku, a Karmelina przezuwała powolnie mrozowe wiśnie, hodowane przez jej mamę na Syberii. Zero wdzięczności czy wyższego szczęścia! Jak tak można? Wilhelm aż czuł od nich tę pierwotną, słowiańską barbarzyńskość wyzierającą z każdego pora ich skóry.
Jak możecie mi nie dziękować? Walczyłem za was do ostatniej kropli krwi! — oburzył się blondyn. Nie wszystko co powiedział, było do końca prawdą. Wyperswadowanie czegoś ich dyrektorce, wiodącej za sobą bagaż z kulejącej asertywności, nie było tak trudne.
Znając roztargnienie Samorożynki, to wiele krwi nie przelałeś — zgasiła jego piękną historię dziewczyna, wyrzucając za siebie pusty woreczek po wiśniach.
Bieler westchnął ciężko. Zero poszanowania. Ta dziewczyna to jakaś jego osobista klątwa. Gdyby nie fakt, że to siostra Grywadzyna i że bliźniaki były właściwie nierozłączne, nawet nie zamieniłby z tą flądrą słowa. A jednak przez te wszystkie lata za nieodłącznym przekonaniem, że dziewczyna jest jego wrogiem, doszło przekonanie, że jest też poniekąd jego przyjaciółką. W końcu kiedy jakiś sekret zdradzało się jednemu Żółkiewskonowi, tak naprawdę zdradzało się go im obu. Wilhelm wiele razy się nad tym zastanawiał i teraz mógł spokojnie nazwać Karmelinę swoją... wrogociółką. Nie oceniajcie, niemieccy obywatele nie byli mistrzami w kreatywnej robocie. To w końcu modernizatorzy i ścisłowcy i takimże ścisłym, ułożonym umysłem mógł się chwalić Wilhelm.
Wszystko zawsze musisz zniszczyć swoim cynizmem? — spytał zirytowany Bieler, wpatrując się w wysoką, krągłą blondynkę.
Gdyby ktokolwiek mógł opatentować cynizm, to byłabym to ja — uśmiechnęła się Karmelina.
Grywadzyn był osóbką niegroźną, fakt faktem, czasem wichrzycielską, aczkolwiek żadne jego działanie, nigdy nie było ucelowane w zaszkodzenie bliźniemu swemu. Jednak tak, jak nikt nie umiał poprawić człowiekowi humoru tak jak ten właśnie brunet, tak nikt nie umiał go popsuć tak profesjonalnie, jak czyniła to Karmelina. Była niczym jadowity wąż, o gruczołach wypełnionych cynizmem, atakującym wszystkich, którzy ośmielili się jej sprzeciwić. Niektórzy uważali ten makiawelizm za po prostu zwykłe wygadanie, czy wariacką, młodzieńczą ironię, Bieler nie był jednym z nich. On doskonale wiedział, że ta perfidia jest ZAWSZE podszyta szczerą chęcią wykończenia go nerwowo i przymuszenia do przenosin do Zauberheimu. Niedoczekanie. Wojna ta trwała już pięć lat, a Wilhelm dalej, naprzeciw wszystkim rasistowskim docinkom tkwił na Świniarszczyźnie.
Może — Bieler uciął prędko rozmowę, broniąc się przed uderzeniem cynizmu tym równoważnikiem zdania niczym swoją własną tarczą. — W każdym razie gotujcie się na to, że przez cały rok będziecie musieli mi pomagać, by nasza szkoła obronną ręką wyszła z tej Sztafety  p r z y n a j m n i e j  z pierwszym miejscem.
Ha, możesz pomarzyć — prychnęła Karmelina.
Oj, przestań, Karmelka. — Brat dał jej sójkę w bok. — Więcej wiary! — To dziwne, ale jego głos brzmiał autentycznie. On naprawdę ufał, że może im się udać.
Niestety precyzyjna, aryjska podświadomość Bielera w to powątpiewała. Wystarczyło spojrzeć chociażby na poziom nauczania i wykształcenie kadry nauczycielskiej, by wiedzieć, że będą musieli naprawdę się wysilić, żeby nie umrzeć ze wstydu już przy pierwszym zadaniu. Bieler obawiał się, że jego delikatna, męska duma nie przetrwa tego roku szkolnego.
Ta... — rzucił zamyślony Wilhelm. — Wiara bardzo się nam przyda. Krampusie, świeć nad nami!
Szczególnie, że wciąż brakuje ci jednej osoby do sztabu. — Karmelina wstała, otrzepując swoje pasiaste, fioletowo-czarne spodnie z ziemi. — I pamiętaj, że jesteśmy w Polsce. Tutaj Krampus nie sięga.
Niestety, wiem, jęknął w duszy, po czym razem z bliźniakami ruszył ścieżką ogrodową w stronę klasy do animagii.
Pracownia animagii była największym pomieszczeniem w szkole. Zarówno wysoka, jak i szeroka, tak, by każdy uczeń znalazł tam swoje miejsce. W ich szkole przedmiot dodatkowy w innych audytoriach, jak mugoloznawstwo, był totalnie usunięty z toku nauczania. Słowiańskich czarodziei było tak mało i tak mocno rozsiani po całej centralnej Europie, że niewielu nie żyło pośród mugoli. W pełni magicznych skupisk ludności praktycznie nie było, dlatego też adepci doskonale znali mugoli od podszewki i nie potrzebowali więcej wiedzy na ten temat. Za to animagia i magiozoologia były przedmiotami obowiązkowymi dopisanymi do tabeli.
Animagia nie była szczególnie popularnym kierunkiem. Głównie dlatego, że jako piekielnie trudna,  wskaźnik wypadków na tychże lekcjach zdawał się bardzo martwiący. Wilhelm miał jednak bardzo wysokie ambicje, a utalentowany był jak nikt. Dlatego też postanowił zapisać się na lekcje profesora Wordorydza. Jednakże obecność Karmeliny i Grywadzyna na tychże lekcjach możnaby nazwać zwykłym nieporozumieniem. Aczkolwiek, w pełni wyjaśnionym. Gdy w czwartej klasie, tuż po trzecioklasowych Testach Ogólnej Wiedzy, rodzeństwo stanęło przed trudnym doborem trzech przedmiotów nieobowiązkowych, postanowili połączyć przyjemne z pożytecznym. Ich umiejętności magiczne były realnie mierne, przez co zdawali sobie sprawę, że zapisując się na przedmiot wymagający tak wielkiego pokładu magicznych zdolności, całe czterdzieści pięć minut nie będą robić nic, a przedmiot zaliczony tak czy tak zostanie. W dodatku Teofil Wordorydz nigdy nie zdawał prac domowych, a bo i jak można zadać cokolwiek z zajęć praktycznych. Same plusy- mniej prac domowych, więcej czasu na wynalazki!
Grywadzyn stanął w wyznaczonym dla niego okręgu w rogu z tyłu klasy. Profesor sam go tam ustawił w obawie, że jego wymykające się spod kontroli zdolności mogą wywołać więcej szkód, jeśli będzie stał choć trochę bliżej społeczności . Spojrzał w stronę stojącej na drugim końcu klasy siostry. Czuł, jak na widok podrywającego ją Lucjana Słodowego, tego napakowanego idioty ze szkolnej drużyny, zaciska ręce w pięści. Bądź, co bądź, mogła sobie mieć te szesnaście lat, ale wciąż była jego siostrą.
Niestety z roku na rok coraz bardziej atrakcyjną.
Dzień dobry wszystkim. — Profesor Wordorydz wszedł dynamicznym krokiem do klasy. Jak zawsze miał w sobie pełno energii, którą zapewne już niedługo (czytaj: za czterdzieści pięć minut) przyjdzie mu stracić.
Dzień dobry — odparł mu nierówno chór nastoletnich głosów. Był poniedziałek rano, drugiego tygodnia nauki, na ten moment każdy nauczyciel był śmiertelnym wrogiem adeptów. W końcu zostało im cholerne dziesięć miesięcy do kolejnej, letniej przerwy.
Dobrze, nowy rok otwiera przed nami nowe obowiązki. Co bardziej zaawansowani będą mogli już powoli zaczynać transformacje w swoje wewnętrzne zwierzę. Jednak będziecie musieli mi wybaczyć, w tej grupie są jeszcze osoby, które nie wyczuły jeszcze swojego zwierzęcego kompana. — Rzucił krótkie, zrezygnowane spojrzenie Grywadzynowi. Cóż, w tym względzie Karmelina go wyprzedziła. — Dlatego w tym roku to na tych osobach się skupię, a ci bardziej utalentowani będą jedynie pod moją obserwacją.
Grywadzyn zauważył, jak Wilhelm delikatnie dał upust swojemu zadowoleniu. Już dawno dość miał asekuracyjnych ćwiczeń profesora. Chciał w końcu skosztować prawdziwej animagii. Tak, Wilhelm z pewnością był umysłem wybitnością dorównującym angielskiej Minister Magii Hermionie Weasley za czasów nauki. I szczerze powiedziawszy, Żółkiewskon nie zdziwiłby się, gdyby Bieler kiedyś został Ministrem Magii. Byle nie Polskim.
No dobrze, przejdę się teraz i sprawdzę, czy każdy z was, tak jak prosiłem, w wakacje sporządził portret myślowy waszego wewnętrznego zwierzęcia. I obiecałem sobie w tym roku być stanowczym i nie poskąpię karnych biletów dla leniuchów! A przypominam, że od dziś mogę je już rozdawać poszczególnym oddziałom.
Po słowach tych ruszył w stronę adeptów. Grywadzyn dostał skurczu, gdy przypomniał sobie, że znów z nieumyślną umyślnością zignorował wakacyjną pracę domową. I może i nie potrafił nic, ale to nie powód do odpuszczenia sobie karania go. A w karaniu go nie było najgorszym to, że zdenerwują się rodzice, czy nawet to, że po podliczeniu tygodnia ich klasa znów może dostać weekendowy dyżur na pomoc domowojom. Najgorszy był fakt, że wszyscy adepci w jego oddziale na kolejny tydzień szczerze go znienawidzą, jeśli z jego winy sobotę i niedzielę spędzą na klęczkach, myjąc podłogi lub obierając ziemniaki na całe następne siedem dni.
Patrząc, jak młody profesor zbierał swoją różdżką przydatne wspomnienia ze skroni uczniów, wyraźnie przyglądając się biegającym w niebieskiej mazi koniom, psom czy myszom, Grywadzyn zaczął intensywnie myśleć. Całą swoją podświadomość zmusił do poszukiwań zaginionego w jego głębi zwierza. Myśl, myśl, myśl, ty głupia ostrygo! wołał w stronę swego mózgu. Niemal widział, jak w jego umyśle coś się wytwarza. Jakieś mgiełki, próbujące spleść się w jedno, małe ciało. To mógł być nawet karaluch, byle cokolwiek!
Profesor zbliżał się coraz bardziej do niego. Przyglądał się teraz niedużej fretce, biegającej po myślach Halszki Decybelównej. Przez konsekwentnie skupiającą się głowę Grywadzyna przemknęła myśl, że byłaby na pewno najładniejszą fretką, jaką w życiu widział. Szkoda tylko, że zapewne jeszcze bardziej kapryśną, niż każda inna przedstawicielka tego gatunku.
Wtem, zatopiony w strumieniu wciąż pędzących myśli, przebudzony został przez święcącą tuż przed nim parę oczu profesora Wordorydza. Mógł przysiąc, że żółty kolor źrenic i ich zwierzęcy kształt zawsze doprowadzał go do gęsiej skórki.
Żółkiewskon. — profesor spojrzał na niego, o dziwo, bez typowego dla każdego innego profesora załamanego głosu. Za to go lubił. Profesor Teofil był jeszcze młody, napełniony niezmąconą pasją do swojej pracy i nadzieją na nauczenie jak najwięcej każdego ze swoich uczniów. Grywadzyn naprawdę nie chciał zmącać tego pięknego światopoglądu. — Czas na twoją pracę domową.
Przyłożył do jego skroni zimną różdżkę, po chwili wyciągając cienką nitkę myśli Grywadzyna na zewnątrz. Marta Stańska kiedyś opowiadała mu, że w Anglii myślodsiewanie działa inaczej i tam czarodzieje używają tego jedynie do wyciągania całych wspomnień, nie pojedynczych myśli. Niedorzeczność.
Co większe nitki myśli Grywadzyna zaczęły się składać w niewyraźny kształt. Zlatywały się do siebie niczym opiłki metalu do magnesu, aż w końcu uformowały się w dziwną, niekształtną sylwetkę. Oczy stojących bliżej ludzi otworzyły się szerzej na ten widok. Grywadzyn niemal prychnął śmiechem prosto w twarz swojego profesora, bacznie przyglądającemu się ociężałemu ludzikowi przemierzającemu głębie umysłu Żółkiewskona.
Czy to... troll? — spytał, a Grywadzyn i jego siostra zgodnie zaczęli krztusić się śmiechem.
Grywadzyn był szczerze dumny z projekcji swojego mózgu. Jak na stworzoną w ostatnie parę minut personę, troll prezentował się nad wyraz realnie. No, może oprócz braku lewej ręki. Ale poza tym... ten chód, ten tępy wzrok! Może jednak szesnastolatek miał w sobie trochę talentu?
Wie pan... są pewne nieprzyjemne osoby, które twierdzą, że śmierdzę jak troll. Cóż, jak widać może być między nami większe pokrewieństwo, niż sądziłem — odparł, a profesor zmierzył go niedowierzającym spojrzeniem.
Grywadzyn dopiero teraz zdał sobie sprawę, że troll okazał się jego wewnętrznym zwierzęciem. Jak coś takiego mogło się stać? I to jeszcze taki bez ręki.
Zdajesz sobie sprawę, że troll nie jest zwierzęciem, a magicznym stworzeniem? I że zamiana w magiczne stworzenia to zaawansowany poziom animagii?
No, cóż, to znaczy, że muszę mieć do tego wieeeeelki talent. Zasługuję na ocenę wybitną, nie uważa pan? — Brwi Grywadzyna podskakiwały szelmowsko. Może coś ugra z tej sytuacji. Ocena wybitna na pewno wyglądałaby nietypowo pośród stopni nędznych. Ale to tylko dodałoby jej majestatu.
Nie mówiąc już o tym, że transformacja w stworzenie człekokształtne o zdolnościach werbalnych i umyśle przypominającym ludzki jest zakazana prawnie przez Ministerstwo Magii. Myślę, że ten fakt nieco koliduje z twoim wymarzonym wybitnym stopniem.
Grywadzyn uśmiechnął się szeroko, czując, że trafił w końcu na równego sobie spryciarza. Danie osobie tak leniwej i nieangażującej się w lekcje jak Żółkiewskon oceny wybitnej, kolidowało z nauczycielskim powołaniem młodego Wordorydza.
Hmm...to komplikuje sprawę... jak następnym razem będę rozmawiał ze swoim wewnętrznym trollem, powiem mu, żeby się przegatunkowił. To co, możemy wrócić do tematu tej wybitnej?
Próbuj, chłopcze, może kiedyś ci się uda — odparł profesor, odwracając się od Grywadzyna, na odchodne rzucając jeszcze: — Jeśli rzucisz na mnie imperio, albo wypijesz całe wiadro Płynnego Szczęścia przed lekcją.
Będę próbował! — zapewnił nauczyciela Grywadzyn, patrząc, jak ten przykłada już różdżkę do głowy kolejnego ucznia.
Cóż, nie było wątpliwości, że na tle swoich przyjaciół, Grywadzyn wypadł wyjątkowo... abstrakcyjnie. Z tego co udało mu się zauważyć, Wilhelm zaprezentował profesorowi pięknego sokoła, a Karmelina trochę mniej okazałą jaszczurkę, która warta była oceny zadowalającej. Jego umysł wpełzał właśnie na nieprzyjemne tematy jego normalności lub ewentualnego wariactwa, kiedy nagle klasę przeszył przerażony głos profesora.
Słodowy, co to ma w ogóle znaczyć?! Co to są za brudne myśli?! — wrzeszczał Wordorydz, dynamicznie rozwiewając zlepek myśli Lucjana, by żadna niewinna duszyczka już nie musiała tego podziwiać.
Grywadzyn niestety nie zdążył przyuważyć ukrytych pragnień Słodowego, bowiem już po chwili nic nie pozostało z ociężałej, niebieskiej chmurki. Po zarumienionych policzkach i niezręcznej minie siostry uznał jednak, że po zajęciach razem z Wilhelmem będą musieli odwiedzić Lucka z bolesnym skutkiem.
Nie będę tolerował takich rzeczy! Panie Słodowy, zarobił pan właśnie karny bilet dla oddziału 6C!
Cała grupa westchnęła ciężko. Pierwsza lekcja w tygodniu, a oni już mają bilet na koncie. Zapowiadał się ciekawy weekend.
Zestresowany profesor ruszył w kierunku swojego biurka, żywo odgarniając z niego wiele zwojów pergaminu i ciężkich ksiąg.
Gdzie, na Borutę, podziała się ta głupia księga oddziałowa?! — rzucił pod nosem, a Karmelina syczała rozeźlona jakieś obelgi w kierunku Słodowego. — Czy ktoś z was może wiedzieć, gdzie się podziała księga?
Uczniowie spojrzeli po sobie porozumiewawczo. Za księgę ich oddziału była odpowiedzialna ich wychowawczyni, nauczycielka historii magii Lutomira Gencyńska. A kobieta ta chorowała na dziwny rodzaj roztrzepania, który objawiał się tym, że notorycznie zostawiała swoje rzeczy w ukrytym, ciemnym, wilgotnym schowku na magiczne zioła i składniki profesora eliksirów. Oczywiście każdy uczeń znajdujący się pod opiekuńczymi skrzydłami pani Lutomiry wiedział doskonale, że to nie przypadek. Była to jednak tajemnica jej uczniów, której z czystej sympatii do przemiłej wychowawczyni, przeżywającej kryzys wieku średniego, nikomu nie zdradzano.
Eee... możliwe, że wiemy — odparła Halszka, starając się tą odpowiedzią wyperswadować profesorowi dalsze pytania, licząc może na to, że z braku laku odpuści sobie wpisywanie im karnego biletu.
To znaczy? Mógłby ktoś łaskawie się po to ruszyć? Chciałbym przejść już do lekcji. — Profesor z każdą sekundą stawał się coraz bardziej zirytowany i zniecierpliwiony. Na szczęście zostało jedynie dwadzieścia minut lekcji, co ostatecznie nie było tak wielką próbą dla jego cierpliwości.
Ręka Grywadzyna jak nigdy wystrzeliła do góry.
 — Ja pójdę! I tak się panu tu na wiele nie przydam — zaproponował, zanim ktokolwiek z grupy zdążył go ubiec. Jego wrodzone, lecz niewykryte ADHD dostawało spazmów na samą myśl o dwudziestominutowym nic nie robieniu.
Profesor spojrzał na niego znad swoich okrągłych okularów.
Bieler, idź z nim. Nie puszczę go samego, bo to się źle skończy, a chcę choć przez chwilę dostąpić zaszczytu spokojnego prowadzenia lekcji. — Wskazał swoim niebieskim piórem na drzwi.
Wilhelm już po chwili znalazł się przy przyjacielu i szarpiąc go za przedramię, pociągnął w stronę wyjścia. Na korytarzach było teraz zupełnie pusto. Cisze mąciły jedynie silne podmuchy wiatru oraz wesołe głosy latających na miotłach pierwszorocznych. Jak na stare, pokruszone zamczysko przystało, było tu zimno, ponieważ dyrekcja postawiła na ogrzewanie szkoły przy pomocy demonów ogników, co było idiotyczne, ponieważ przestawały one grzać niemal za każdym razem, gdy miały zły dzień, a ciężko jest mieć dobry dzień będąc zamkniętym w murach szkolnych.
Przez pierwsze kilka minut zmierzali do klasy w milczeniu. Każde z nich intensywnie myślało o czym innym. Ten letarg nie wyszedł im jednak na dobre, bo przez nieuwagę weszli prosto pod koła czarnej karocy szkolnego ducha Harbiego Manteufela oraz poltergeista Skarbnika, goniącego Hrabiego z toporem, wrzeszczącego najgorsze obelgi pod jego adresem. Zapewne znów ubzdurał sobie, że Manteufel próbował włamać się do jego skarbca. Gdyby nie to, że obaj byli już duchami, zginęliby jeszcze ze czterysta razy w trakcie tych nieustających wojen o fundusze Chrumkowa, których bądź co bądź, z uwagi na swoją niefizyczną postać, żadnemu z nich nigdy nawet nie przyjdzie dotknąć.
Musisz zawsze coś odwalić? — przerwał ciszę Bieler.
Grywadzyn spojrzał na przyjaciela pytająco. Czasem jego kreatywny, nieokiełznany umysł nie był w stanie pojąć rzeczy tak prostych, jak tok myślenia przyjaciela.
O co ci chodzi, stary? To Lucek zarobił nam ten bilet. Swoją drogą muszę mu spuścić niezłe lanie — odpowiedział Grywadzun, spoglądając porozumiewawczo na przyjaciela, by ten zrozumiał, iż wymaga się od niego pomocy przy wyżej wspomnianej sprawie.
To dopiero poniedziałek rano, a ty już zdążyłeś coś odwalić! — rzucił zdenerwowany Bieler. Brunet spojrzał na niego dziwnie. Bieler naprawdę dziwnie się zachowywał, odkąd Samoroża wyznaczyła go jako kapitana szkolnej drużyny w Sztafecie Czaromagicznej.
Willy, nie uważasz tego zachowania za granicę normy? Tym bardziej, że nic wielkiego się nie stało, po prostu okazało się, że w głębi siebie jestem trollem. To ja tu powinienem być załamany — przyuważył Żółkiewskon, aż krzywiąc się na myśl siebie jako dorodnego, bezrękiego trolla. Od czasu ich szkolnego zimowiska w Bułgarii niezbyt pozytywnie podchodził do trolli. Szczególnie, że śmierdziały one zazwyczaj bardziej od jego skarpet.
Bieler ustał na chwilę, odwracając się w stronę Grywadzyna. Z dala wciąż słychać było pokrzykiwania Manteufela i Skarbnika, cichnące z każdą sekundą, Niechże tylko złapie ich Samoroża, o ile znów ma swoją nieustającą migrenę, ich duchowa postać nie przeszkodzi jej w zabiciu ich.
Grywi, musisz mnie zrozumieć. Jestem reprezentantem szkoły w ogólnoświatowym konkursie. MY jesteśmy. Musisz choć trochę zachowywać się, jakbyś był normalny. Wiesz, po prostu postaraj się nie zrobić z nas idiotów.
Żółkiewskon często słyszał tego typu komentarze na swój temat, z czasem nawet przestał odbierać je jako negatywne, ta jednak dziwnie zraniła go dogłębnie. Brak zaufania ze strony Bielera był rażący i wyjątkowo nieprzyjemny.
Jakbym był normalny? A więc tym dla ciebie jestem? Nienormalnym kolesiem, który potrafi tylko robić z siebie pośmiewisko? — zdenerwował się Grywadzyn. Nie był w stanie dusić tego w sobie dłużej. — Rozumiem, w jakiej jesteś sytuacji, ale przypominam ci, że SAM wybrałeś mnie do swojego sztabu, a teraz traktujesz mnie jak tykającą bombę. I jak chcesz wiedzieć, kiedy trzeba, potrafię być poważny!
Bieler nie spodziewał się takiego napadu złości, nie widział też nic nietaktownego w swoich wypowiedziach. To prawda, wziął Karmelinę i Grywadzyna do sztabu z własnej woli, ale tylko dlatego, że ich duo było genialnymi wynalazcami, a do tego też bardzo zaufani. Jednak nie mógł nic poradzić na to, że nie uważał ich za reprezentacyjne jednostki. Poczuł się jednak trochę głupio, gdy zobaczył, jaką przykrość sprawił Żółkiewskonowi.
Grywadzyn, to nie miało tak zabrzmie... — zaczął, ale brunet przerwał mu w pół słowa.
Przestań, Wilhelm, obaj wiemy, jak to miało zabrzmieć — wycedził przez zęby. — Pomogę ci, jak potrafię i dołożę wszelkich starań, żebyśmy wygrali ten przeklęty konkurs, a teraz chodźmy, bo jeszcze Wordorydz wlepi nam mandaty za ucieczkę z lekcji.
Resztę drogi Bieler mógł jedynie podziwiać plecy Grywadzyna prującego do przodu, nie zważającego na to, czy biedny blondyn za nim nadąża. Patrząc na bruneta od razu doszedł do wniosku, że nie ma nawet co zagajać rozmowy. Żółkiewskon szybko i wrednie by go teraz zbył.
Weszli do klasy, swoje nadejście zwiastując jedynie dwoma krótkimi puknięciami w drewniane, spróchniałe drzwi. Cieszybor Wiśniowiecki podniósł na nich natychmiastowo wzrok, odrywając go znad dymiącego kociołka jednego z uczniów.
Bieler, Żółkiewskon, czemuż to moje oczy muszą was oglądać? — spytał, wstawiając najwyraźniej niezadowalającą ocenę do dzienniczka, bowiem młody chłopczyk, nad którym stał bliski był płaczu.
Dzień dobry, profesorze. Profesor Wordorydz pyta, czy nie ma pan może dziennika naszego oddziału? — spytał prędko Bieler.
Ja? A niby co miałby u mnie robić? — Wiśniowiecki robił dobrą minę do złej gry. Nie warto było dawać młodzikom powodu do plotek.
—  No, wie pan... profesor Gencyńska bywa zapominalska — rzucił niby od niechcenia Grywadzyn.
Wiśniowiecki zmierzył chłopaka morderczym spojrzeniem, nie zwracając uwagi na wybuch kociołka parę ławek dalej, ani na fakt, że połowa klasy skupiła się na gaszeniu włosów właścicielki tegoż kociołka.
Żółkiewskon, ciebie to tylko bić i słuchać czy żyjesz — warknął, po czym ruszył pośród ławek w kierunku swojego zakątka.
Nagle jednak stanął przy jednej z ławek. W przeciwieństwie do reszty stoisk, to było już idealnie doprowadzone do porządku, a sam siedzący za nim uczeń jak gdyby nigdy nic czytał sobie Historię Słowiańskich Rodów Czarodziejskich. Tuż przed nim stały dwa kociołki, znacząco różniące się rozmiarem.
— Kowalkiewicz, co jest w tym drugim kotle? Kazałem wam przyrządzić jedynie eliksir mgieł! — zawołał zirytowany profesor.
Ale... to łatwy eliksir, szybko go przyrządziłem, a nie chciałem się nudzić przez resztę lekcji — odparł przestraszony uczeń, wychylając się zza książki.
A czy ja na to zezwoliłem? Grabisz sobie, oj, grabisz, bez mojego pozwolenia przyrządzać... na rogi Boruty, czy to nalewka z piołunu?! Przecież to wymagania ostatnich klas! Jesteś za młody, żeby to umieć! Kto ci to zrobił?
Przerażony Kowalkiewicz zaczął powoli ukrywać się za swoją lekturą, licząc może, że stanie się niewidzialny. Nie działało to jednak i napastliwy wzrok profesora dalej przeszywał go na wskroś.
A... ale ja lubię eliksiry... ćwiczyłem w domu — odparł bliski płaczu.
Bieler zauważył w oczach Grywadzyna ten dziwny błysk, jaki pojawiał się za każdym razem, gdy młody Żółkiewskon doznawał olśnienia.
Ty dupku, chyba właśnie znalazłem ci brakującego członka sztabu — szepnął do Bielera ledwie słyszalnie, ku zrezygnowaniu Aryjczyka, wciąż obrażony.
A jednak, Grywadzyn nawet gdy obrażony, na coś się przydawał.

Czarodziejscy Radni Radomscy