3 mar 2017

0. CHARŁAKOWATOŚĆ (NIE)POSTĘPUJĄCA.

Pan Bogumił Żółkiewskon nie cieszył się dobrą sławą wśród swoich sąsiadów w małej wiosce na południu Syberii. Niemal każdej jego podróży w saniach uposażonych w ledwo już żywego renifera Mietka towarzyszyły, niczym orszak królowej, nienawistne szepty. Szeptano wiele. Od historii najprostszych, a zarazem najgłupszych, biorąc pod uwagę pokojową naturę pana Bogumiła o tym, jak to swoje biedne dzieci bije regularnie lejcem dla renifera, po te najbardziej niedorzeczne. 
Och, tak, głupich historii o rodzinie Żółkiewskonów krążyło dużo więcej, niż tych szablonowych, sąsiedzkich opluwań. Głównym piewcą tychże przedziwnych nowin ze świata pana Bogumiła była głowa wielodzietnej, zamieszkującej tuż za płotem rodziny Dymitowiczów. Alosza Dymitrowicz nie był przyjemnym sąsiadem. Znienawidził wesołych Żółkiewskonów, gdy ci tylko postawili po raz pierwszy stopę w swej skutej lodem posesji tuż obok niego. No bo, jak tak można, by Rosjanin z dziada pradziada z rodziną chełpiącą się i przeszłością komunistyczną i carską na swój nędzny dom zarobić musiał sam, a jakaś banda przeklętych, przesiedlonych Sybiraków dostawała taką piękną chałupkę ot tak? O, nie, honor Dymitrowicza nie pozwalał mu puścić tego płazem. Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, mości panowie rosyjscy, nigdy! Grzmiał w duszy, gdy co rano musiał przeżywać widok Żółkiewskona, uśmiechającego się do niego przyjaźnie przy odśnieżaniu chodnika. Jak on w ogóle miał czelność się do niego szczerzyć?
Lata mijały, a nienawiść zawziętego Aloszy nie. Niczym jednoosobowa Armia Czerwona przyszywał do sąsiedzkiej rodziny łatkę za łatką. Prawdziwą antysympatię popartą dowodami, poczuł jednak do tych przeklętych bliźniaków, które narodziły się w rodzinie rok po przeprowadzce. Myślał, że ich nocne płacze, które stanowczo zbyt często brał za kolejne ataki śnieżnych wilków, to najgorsze, co spotka go ze strony tych gówniarzy, okazało się to jednak tylko wierzchołkiem góry lodowej.
Tak wcześniej Dymitrowicz przewracał się z boku na bok całą noc, zastanawiając się nad przedziwnymi zachowaniami Bogumiła, doprowadzając swą pulchną żonę Nataszę do regularnych gróźb pozwem rozwodowym, tak teraz był pewien, że ta rodzina to wysłannicy Szatana, skierowani tu, by zniszczyć jego sielskie, mroźne życie. Bowiem fakt, iż jego sąsiad regularnie, w pięćdziesięciostopniowym mrozie przechadzał się po wsi w samym sweterku, czy że czasem jego żona niosła pod pachą gazetę, gdzie ruszały się zdjęcia, przyprawiał go tylko o zakwasy na zamarzniętych płatach mózgowych, jednak dorastanie Żółkiewskonowych bliźniaków skazało go na realny ból fizyczny.
Pierwszy raz przez tych dwóch huncwotów Dymitrowicz trafił do szpitala w 2006 roku. Łowił sobie ryby w przerębli jak gdyby nigdy nic, gdy nagle zobaczył tę ich małą blondyneczkę, raczącą się urokiem nieustającej zimny, jeżdżącą na łyżwach na tym samym jeziorze, czyli straszącą mu ryby! Nie mógł na to pozwolić i wściekły ruszył z batalią krzyków na pięcioletnią dziewczynkę, ona jednak, jak przystało na wszystkie dzieci w tej wiosce, nazywające Dymitrowicza Krampusem, nie uciekła, lecz stanęła przy brzegu jeziora i po prostu patrzyła. Alosza zamierzał zignorować to, ale nagle, ni stąd ni zowąd, pod jego carskimi czterema literami lodowa pokrywa pękła! Spędził dwa tygodnie w szpitalu z wymrożenia, myśląc nad tą sytuacją. Pękł metrowy lód! To nie mógł być przypadek! To dziecko było jakimś demonem.
Później było tylko gorzej. Gdy Dymitrowicz wzorem swego wuja egzorcysty, do teraz przemierzającego Czarnobyl, postanowił wypędzić z dzieci demony święconą wodą, zamarznięte już kropelki wody tej uderzyły w niego rykoszetem. 
Dwadzieścia trzy. W przeciągu sześciu lat Dymitrowicz dwadzieścia trzy razy był gościem podmiejskiej izby przyjęć. Czasem nawet zastanawiał się, czy tam nie zamieszkać. Czternastu. Tylu egzorcystów, psychiatrów, mediów i wszelakich szarlatanów Alosza sprowadził do wioski, by ci poradzili sobie z demonicznymi bliźniakami. Jakimś jednak boskim zrządzeniem nikt oprócz niego nie widział w tych dzieciach nic dziwnego! 
— Locha, znoszę to ostatni raz! Jeszcze raz zrobisz z siebie wariata przed wszystkimi sąsiadami, a wyprowadzam się z dziećmi do Władywostoka do mamusi! — krzyczała Natasza za każdym razem, gdy kolejny kaznodzieja opuszczał ich dom. A w ręku jak zawsze miała koszyk najlepszej słoniny w ramach przeprosin dla rodziny Żółkiewskonów za głupotę męża. To była słonina, którą mógł zagryźć bimber, znów wypłakując swe żale staremu Pilipiukowi!
— A proszę bardzo! Dobierzecie się! Dwie wiedźmy! — wołał za nią, ocierając swego gęstego wąsa z tłuszczu od kiełbasy. — Kiedyś wszyscy zobaczycie, że te dzieci to jakieś wybryki natury!
Ale pan Dymitrowicz miał rację. Stary, zbzikowany krampus nawet nie wiedział, jak blisko prawdy jest. Nie wiedział tego nawet ojciec bliźniaków- Bogumił Żółkiewskon.
Ale właśnie za chwilę miał się tego dowiedzieć. Powoli, ospale przeglądał Czarodziejską Matrioszkę w poszukiwaniu jakichś informacji o ostatnim strajku w rosyjskiej filii Ministerstwa Magii, kolejny raz przekonując się, że cecha mistrzów propagandy pozostała w tym narodzie do teraz. 
Siedział w ukrytym w głębi kliniki gabinecie doktora Saragossy, czekając, aż owy jegomość zaszczyci go swoją obecnością. Jak to jednak miał w zwyczaju, spóźniał się niemiłosiernie. Ale Źółkiewskonowi nie spieszyło się, stres również nie był dziś jego kompanem, a ten artykuł o machlojkach finansowych prezesa Związku Wolnościowego Goblinów zapowiadał się ciekawie.
Cała siedmioosobowa rodzina Żółkiewskonów testy te przyjęła jako czystą formalność. Od dziesiątek lat w ich rodzinie nie narodził się nikt z realnymi, magicznymi zdolnościami, za co wdzięczni byli Bogu. W tej części Europy bytność w stanie charłaka była jak błogosławieństwo. Głównie dlatego, że jeśli jednak te iście czarcie umiejętności zostały w delikatnym, dziecięcym umyśle wykryte, oznaczało to dwie drogi- Polaris albo Chrumków. Obydwie wydawały się odpowiedzialnym rodzicom równie niezachęcające. W Polarisie stanowczo za często uczniowie lub ich pojedyncze kończyny padały ofiarą uschniętych żołądków niedźwiedzi polarnych, a Chrumków... Na Borutę, to po prostu Chrumków. Nie krzywdzi się tak własnych dzieci. 
Gdy to właśnie Bogumił miał pożerać wzrokiem najciekawszą część artykułu, wydając swoim umysłem osąd na nieuczciwego prezesa, jego oczom ukazała się postać doktora Saragossy, która... umówmy się, nie była widokiem wiele lepszym od ruchomego zdjęcia zgrzybiałego goblina rozciągającego się na pół strony tytułowej. Po tym biednym człowieku widać było na pierwszy rzut oka, że na co dzień musi wojować w domu z ośmioma kobietami. Zupełnie samotnie na tym polu bitwy, bowiem liczne próby spłodzenia syna, jak widać było na zdjęciu rodzinnym powieszonym tuż przy kalendarzu, spełzły na niczym. Był chudy jak szkapa, o ile to możliwe chudszy od starego renifera Żółkiewskonów. Włosy miał bujne. Można by rzec, że ich czarna barwa nachodziła się już z szarością, jednak jego czupryna w tymże momencie była już dosłownie czarno-szara. Okrągłe, poniszczone okulary zsuwały się nieustannie z chudego, orlego nosa, a dłonie drgały niebezpiecznie, każdego pacjenta na sali chirurgicznej wprawiając w stan palpitacji. 
— Ma pan już te wyniki? Jeść mi się chce, a żona dziś zrobiła rosół — ponaglił doktora Bogumił, odkładając Matrioszkę na biurko. 
— Tak, oczywiście! — odparł prędko Saragossa. Jego zachowanie często uchodziło nawet za dziwniejsze niż Bogumiłowe. Nie ma się co dziwić, był przecież pełnokrwistym czarodziejem, któremu jakimś cudem udało się przetrwać siedem lat w Polarisie. Choć patrząc na jego wiedzę ogólną, pacjenci szczerze w te siedem lat powątpiewali. 
— No to mówże pan! — Żółkiewskon znów pogonił nierozgarniętego doktora.
— No więc... — zaczął Saragossa, a jego brew znów zaczęła niekontrolowanie podskakiwać, jak to miał w zwyczaju, gdy się stresował. — Stał się cud! Oboje w pełni umagicznieni!
Stary Żółkiewskon musiał przez chwilę rozpatrywać tę myśl, rozkładać na atomy w swym pięćdziesięcioletnim umyśle, by nabrać pewności, że się nie przesłyszał. A nawet i po uzyskaniu pewności swojego słuchu, dalej twierdził, że to głupi Saragossa na pewno się po prostu pomylił. A znał tego starego świra już wiele lat, od narodzin jego pierwszego dziecka i wiedział, czego można się po nim było spodziewać. Jakby nie patrzeć, przy narodzinach zgubił  w macicy jego żony jedno z bliźniąt. No dobrze, może nie zgubił, ale pomylił jego nowego synka z łożyskiem. Następną wypłatę po tym wydarzeniu Bogumił zainwestował w okulary dla doktora.
— Grywadzyn i Karmelina? Jest pan pewien? Może to wyniki innych dzieciaków? — spytał delikatnie przestraszony. A co jeśli się nie pomylił? Bogumił był optymistą, o ile można nim być mieszkając na Syberii, dlatego też nawet nie dopuszczał do siebie tej myśli.
— Panie Żółkiewskon, a ile czarodziejskich rodzin może być w naszym rejonie? — odpowiedział pytaniem na pytanie Saragossa, poprawiając po raz kolejny swoje okulary. — Podpowiem panu. DWIE. W czym ta druga to stare, bezdzietne małżeństwo charłaków. Nie robię testów na umagicznienie w ilościach fabrycznych.
Żółkiewskon dopiero teraz zdał sobie sprawę z niedorzeczności swego pytania. Syberia to nie Londyn. Tu mieszka pół człowieka na kilometr kwadratowy i to i tak cud, jeśli ta połowa umrze śmiercią naturalną, a nie zamarznie. Z drugiej strony jednak pan Bogumił przeszukiwał najskrytsze zakamarki swych wspomnień w celu odnalezienia w pamięci krewnych, którzy choć trochę odznaczali się magicznymi zdolnościami. Wuj Włodzimierz po imieninach u babci Grety zapewniał wszystkich, że umie latać, ale to raczej magiczne zdolności alkoholu, niż jego samego. Była jeszcze siostra cioteczna Izabela, przekonana o słuszności swoich sennych wizji, ale to przecież nie magia, a czysty obłęd. Więc skąd to umagicznienie?
— Jest pan tego w stu procentach pewien? Może pomylił się pan w obliczaniu wyników? — Coraz bardziej zrozpaczony Bogumił, niczym prawdziwy tonący brzytwy się łapał. Genia załamie się, jeśli usłyszy, że swoją dwójkę ukochanych dzieciątek musi posłać do piekła szkoły z dala od niej.
— Też byłem zszokowany, dlatego dla pewności sprawdziłem trzy razy. To pewne. Śliczni, mali magowie. Teraz zostało tylko po wakacjach posłać ich do Polaris. Zaraz zapiszę panu adres, pod który musi pan się wybrać, żeby ich tam zarejestrować... — Saragossa już zaczął sięgać po zwitek pergaminu, ale Bogumił, jako dobry ojciec nie mógł na to pozwolić.
— NIE! — wrzasnął prędko, nieco głośniej, niż planował. Widząc zszokowane spojrzenie doktora zmieszał się nieco. — Ja... ja chyba poślę je do Chrumkowa.
Genia mnie zabije... pomyślał w duchu. Ale, w sumie, jedna cholera, jeśli poślę dzieciaki do Polarisu, też to zrobi.

7 komentarzy:

  1. Zapowiada się ciekawie, na pewno będę zaglądać regularnie :) Pomysł bardzo fajny i chociaż tytuł w pierwszej chwili do mnie nie przemówił, to teraz uważam, że bardzo pasuje mi do tego, jak piszesz ;)
    Jeszcze przed tym, jak w tekście padło nazwisko Pilipiuk, to tak mi coś zapachniało Jakubem i Semenem [i nie mam na myśli aury, którą wydzielają :)]
    Czekam na kolejny rozdział i tak nieśmiało zapraszam do siebie
    www.snape-afterallthistime.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakiej właściwie płci są bliźnięta? Parę razy pada określenie "bliźniaków" jakby chodziło o chłopców, zaraz potem słyszymy, że jeden z "bliźniaków" jest dziewczynką.

    Generalnie opowiadanie jest bardzo ciekawe, ładnie napisane. Sam pomysł ma potencjał humorystyczny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chłopiec i dziewczynka. Nawet padają imiona- Grywadzyn i Karmelina.

      Usuń
  4. Cześć! :)
    Wpadłam na bloga już wcześniej, jednak nie zdążyłam wcześniej przeczytać. Ale to nadrabiam! :)
    Na wstępie powiem, że prolog mi się podoba. Naprawdę. Ma swój klimat. I bardzo mi do gustu przypadł. :) Ma taki "słowiański" klimat. Po prostu cud, miód, malina i orzeszki! :D
    Wiem, że bardzo słodzę, ale przypomina mi się tutaj klimat Wiedźmina (<3), chociaż jest to osadzone w XXI w.
    Pojawiają się bardzo fajne porównania. Najbardziej zapadło mi w pamięć porównanie do Armii Czerwonej. ;)
    I powiem szczerze, że bardzo ciekawe imiona nadałaś dzieciom. :D I teraz zastanawiam się, czy takie naprawdę istnieją, czy to wymyślone... Ale raczej obstawiam, że są to jakieś staropolskie imiona. ;)
    Myślę, że prolog jest dobrym początkiem tego opowiadania i z chęcią przeczytam pierwszy rozdział. :)
    To już chyba wszystko.
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Imiona są wymyślone przeze mnie :)
      Ojejejeje, że też ktoś przyrównał to do mojego ukochanego Wieśka :) tego się nie spodziewałam.

      Usuń

"Stając w świetle zadania, jakim jest przyciągnięcie do Chrumkowskiej Akademi jak największej ilości światłych umysłów, informuję ja was, że każdy przyzwoity członek czaromagicznego, słowiańskiego społeczeństwa o niezachwianej świadomości narodowej, powinien się z sumieniem swym rozliczyć, czyli komentarz po sobie zostawić."
Wielki Magus, Przewodnicący Rady Radomia, Kawaler Orderu Boruty II stopnia~ Antoni Macierewicz.
PS; w przypadku sprzecznej z sumieniem postawy, dom człowieka takiego może przypadkiem znaleźć się w centrum strefy atomowej.

Czarodziejscy Radni Radomscy